Kadesz-Barnea, inne spojrzenie

10 kwiecień 2015

Kadesz-Barnea, inne spojrzenie

Autor:
Erast Czekalski

Jeżeli Pan ma w nas upodobanie, to wprowadzi nas do tej ziemi i da nam tę ziemię, która opływa w mleko i miód. (4 Mojż. 14:8)

Ludzie nieprzychylni natchnieniu Pisma Świętego, w swojej krytyce chętnie przywołują pejoratywny wydźwięk powiedzenia, że „Biblia jest jak stare skrzypce, na których każdy może wygrać swoją melodię”. Jednak to powiedzenie zawiera również pozytywne przesłanie.

Biblia jest tak cudowną Księgą, że nie może się znudzić, bo przy każdym czytaniu ciągle odkrywa się coś nowego, a każdy czytający zawsze znajduje w niej coś, co akurat jego szczególnie poruszy. Tak też jest z historią „przeszpiegowania ziemi kananejskiej”, która stanowiła kanwę rozważań Łukasza Millera w jego artykule "Zaufanie ponad wszystko", z 20 marca 2015. Z przyjemnością ten tekst przeczytałem, poleciłem na FB i w pełni podzielam tezy w nim zawarte.

Chciałbym jednak „zagrać na tych skrzypcach swoją melodię”, która akurat „w mojej duszy gra”. Gra bardzo osobiście i nie wchodząc w szczegóły, poprzestanę na wyznaniu, że między innymi ta właśnie historia i jej rozwinięcie przez Apostoła Pawła, ostatecznie skłoniła mnie do podjęcia najważniejszej w życiu decyzji. Decyzji, za którą dziękuję Panu Bogu i do której chciałbym zachęcić wszystkich, którzy jak ja kiedyś, ciągle jeszcze mają problem z jej podjęciem.

„Historia pierwszej próby wejścia Izraela do Kanaanu jest nauką dla nas w naszej podróży do duchowego Kanaanu” napisał Łukasz, wywodząc z tej historii nauki dotyczące zdarzeń, jakie spotykają nas w poświęconym życiu. Ja chciałbym się skupić na wcześniejszym etapie, to znaczy jeszcze przy rozważaniu wszystkich za i przeciw, wybraniu się w podróż, do tego duchowego Kanaanu.

Od wyprowadzenia z Egiptu, Izrael cielesny przebył długą i trudną drogę, zanim znalazł się w Kadesz-Barnea. Także i duchowy Izrael musi przebyć, nieraz długą drogę, aby dojść do „pogórza Amorejczyków”. Niektórzy muszą najpierw zostać „wyprowadzeni z Egiptu”. Inni, którzy urodzili się już „poza Egiptem”, (urodzeni i wychowani w Chrześcijańskich rodzinach i środowisku), na ogół mają krótszy dystans do pokonania. Ale dla jednych i drugich, nie powinien to być ostateczny cel podróży. Wręcz przeciwnie, to dopiero początek i czas podjęcia decyzji, czy zostać tutaj, wrócić z powrotem, czy zawierzając Panu Bogu, pokonać wszelkie lęki i wstąpić na to „pogórze”.

A te lęki (niestety), mogą być pobudzane przez tych, którzy przynoszą z niego wieści:

[…] Nasi bracia strwożyli serca nasze, mówiąc: Lud ten jest od nas liczniejszy, przewyższa nas wzrostem, miasta są wielkie i obwarowane aż pod niebo, a ponadto widzieliśmy tam olbrzymów (5 Mojż. 1:28).

I rozpuszczali między synami izraelskimi złą wieść o ziemi, którą zbadali, mówiąc: Ziemia, przez którą przeszliśmy, aby ją zbadać, to ziemia, która pożera swoich mieszkańców, a wszystek lud, który w niej widzieliśmy, to mężowie rośli. Widzieliśmy też tam olbrzymów, synów Anaka, z rodu olbrzymów, i wydawaliśmy się sobie w porównaniu z nimi jak szarańcza, i takimi też byliśmy w ich oczach (4 Mojż. 13:32-33).

Takimi stwierdzeniami, wysłannicy skutecznie zneutralizowali podaną wcześniej, pozytywną opinię o ziemi Kanaan: I opowiedzieli mu, mówiąc: Przyszliśmy do ziemi, do której nas wyprawiłeś; ona rzeczywiście opływa w mleko i miód, a to są jej płody (4 Mojż. 13:27). Skutecznie zneutralizowali też wielkie oczekiwania i nadzieje związane z Bożą obietnicą, na rzecz przemożnego lęku przed trudnościami, które w myśl tej relacji jawiły się, jako wręcz nie do pokonania.

Myślę, że jest w tym istotna nauka dla nas, którzy już wstąpiliśmy na „pogórze”. Bo podobne lęki i neutralizację cudowności unikalnego Bożego zaproszenia, możemy wywołać sami. Jest to moim zdaniem ostrzeżenie przed, „nie owijając w bawełnę”, pychą, która powoduje skłonność do pochopnego oceniania sympatyków i tak zwanych „życzliwych przestróg” dla nich, przed „obwarowanymi aż po niebo miastami” (nie do zdobycia), przedstawianie „wszystkiego ludu”, który już tam jest, jako wyłącznie „mężów rosłych” i „olbrzymów” (wiary), którym nie sposób dorównać.

Ale w równym, jeśli nawet nie w większym stopniu, jest to też nauka dla tych, którzy dopiero dotarli przed „pogórze”. Aby nie ulegali „przestrogom” z zewnątrz oraz własnym wątpliwościom i nie „wydawali się sobie jak szarańcza” w porównaniu z tymi z „pogórza”, nawet gdy „takimi też byliby w ich oczach”.

Miałem to szczęście, że „nie byłem takim” w oczach „pogórzan”, w każdym razie nie na ostatnim etapie, przed wstąpieniem na tę „wąską ścieżkę”, natomiast sam sobie się takim wydawałem. „Miasta obwarowane” były dla mnie nie do zdobycia, w zborach widziałem wyłącznie „lud rosły, przewyższający mnie wzrostem” a dorównanie „olbrzymom”, uważałem za absolutnie poza moim zasięgiem. Miałem i to szczęście, że kilkoro z „olbrzymów”, cierpliwie wybijało mi z głowy wrodzone kompleksy, kładąc nacisk na to, że jeżeli Pan ma w nas upodobanie, to wprowadzi nas do tej ziemi i da nam tę ziemię, która opływa w mleko i miód.

Tyle że ja, przez długi czas pielęgnowałem swoje leki i wątpliwości, bazując na jednej z przypowieści Pana Jezusa: Któż bowiem z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie najpierw i nie obliczy kosztów, czy ma na wykończenie? (Łuk. 14:28).

Albo, który król, wyruszając na wojnę z drugim królem, nie siądzie najpierw i nie naradzi się, czy będzie w stanie w dziesięć tysięcy zmierzyć się z tym, który z dwudziestoma tysiącami wyrusza przeciwko niemu? (Łuk. 14:31).

Przez długi czas sądziłem, że Pan Jezus zawarł w tej przypowieści przestrogę przed pochopnym poświęcaniem się. I trwałem w tym przekonaniu do czasu, gdy w końcu dotarło do mnie, że w tym, (chyba jedynym) przypadku, Pan Jezus nie przedstawia konsekwencji w postaci „wyrzucenia na zewnątrz, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów”, np. (Łuk. 13:27-28) a ostrzega „jedynie” przed śmiesznością: Aby gdy już położy fundament, a nie może dokończyć, wszyscy, którzy by to widzieli, nie zaczęli naśmiewać się z niego, mówiąc: ten człowiek zaczął budować, a nie mógł dokończyć (Łuk. 14:29-30).

Tej przypowieści Pan Jezus nie kończy słowami: Gdzie robak ich nie umiera, a ogień nie gaśnie. Fragment z ewangelii Marka 9:44 nie wspomina „zgrzytania zębów”, konkluduje ją zaledwie, „naśmiewaniem się”. Myślę że miał na myśli nie tyle literalne, złośliwe, sarkastyczne naśmiewanie, co raczej rodzaj życzliwego uśmiechu, nie chcę powiedzieć uśmiechu politowania, czy współczucia. Raczej pewną formę uśmiechania, pouczania, pocieszania i duchowego wsparcia, przez Kościół dla Wielkiego Grona, już w Królestwie.

Przy wszystkich tego rodzaju lękach i wątpliwościach, miałem też jednak ciągle „z tyłu głowy”, jakże wymowne napomnienie Apostoła Pawła: Gdy tedy obietnicawejścia do odpocznienia jego jest jeszcze ważna, miejmy się na baczności, aby się nie okazało, że ktoś z was pozostał w tyle. I nam bowiem była zwiastowana dobra nowina, jak i tamtym; lecz tamtym słowo usłyszane nie przydało się na nic, gdyż nie zostało powiązane z wiarą tych, którzy je słyszeli. Albowiem do odpocznienia wchodzimy my, którzy uwierzyliśmy, zgodnie z tym, jak powiedział: Jak przysiągłem w gniewie moim: Nie wejdą do mego odpocznienia, chociaż dzieła jego od założenia świata były dokonane. […] przeto znowu wyznacza pewien dzień, "dzisiaj", mówiąc przez Dawida po tak długim czasie, jak to przedtem zostało powiedziane: Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych (Hebr. 4:1-3,7).

Przed ludźmi mógłbym to zataić, ale przed Panem Bogiem nic się nie ukryje. Bez wątpienia, DAŁ mi ON ten Unikalny Przywilej USŁYSZENIA JEGO GŁOSU.

A zatwardzanie serca niekoniecznie i nie tylko przejawia się na „puszczaniu mimo uszu”, ale również na wynajdowaniu „warownych miast nie do zdobycia” i braku wiary w to, że skoro Pan Bóg dał nam możliwość usłyszenia Jego Głosu, to nie bez przyczyny, ale widocznie „ma w nas upodobanie”. Ale do czasu. Trzeba „mieć się na baczności aby się nie okazało, że pozostało się w tyle”.

I aby kiedyś nie zapłakać: Przeminęło żniwo, skończyło się lato, a nie jesteśmy wybawieni! (Jer. 8:20).

Myślę, że ten tekst ma odniesienie przede wszystkim do członków Wielkiego Grona. Gdy oczyma wiary otrzymają niezbite dowody, że gałąź drzewa figowego nie tylko „się odmładza” i „liście wypuszcza” i że „lato jest blisko”, ale że ono już nastało i przeszło przez drzwi, a gałąź i liście są w pełni wykształcone (Mat. 24:32-33). Gdy ujrzą, wręcz naocznie, że Wyschłe Kości nie tylko powlekły się ciałem ale że zostało już w nie tchnięte ożywcze tchnienie i ożyły w pełni. (Ezech. 37). Dla poświęconych ludzi, takich znaków będzie więcej. Gdy je wszystkie rozpoznają, gdy uświadomią sobie, że Kościoła nie ma już na ziemi, gdy przypomną sobie jaki warunek muszą spełnić aby osiągnąć „nagrodę pocieszenia”, (Obj. 7:9-10, 13-17), skonstatują z żalem, że: Przeminęło żniwo, skończyło się lato, a nie jesteśmy wybawieni! Boleśnie zdadzą sobie sprawę, że czeka ich jeszcze dalszy wysiłek aby dobiec do mety.

Myślę jednak, że ten tekst odnosi się również do „Sympatyków”, którzy Głos usłyszeli, ale dali się pokonać swoim wątpliwościom, wizjom „miast nie do zdobycia”. W ich przypadku będzie to jakże gorzka świadomość, nie wykorzystania, utracenia tak unikalnej i niepowtarzalnej szansy, jaka była im dana.

Taka mała dygresja: Często wzdychamy z tęsknotą, przynajmniej jak tak mam, żeby  te wszystkie znaki już się wypełniły i abyśmy mogli z radością wykrzykiwać:[…] Terazci się stało zbawienie i moc, i królestwo Boga naszego, i zwierzchność Chrystusa jego […] (Obj. 12:10)

Jakby zapominając o wniosku jaki się nasuwa z następnego wersetu: Ale go oni zwyciężyli przez krew Baranka i przez słowa świadectwa swego, a nie umiłowali duszy swojej aż do śmierci (Obj. 12:11).

„Aż do śmierci”. Ich już tu nie będzie, a my wciąż jesteśmy... Czyli nie zakwalifikowaliśmy się do składu „Maluczkiego Stadka” (Łuk. 12:32). I czekać nas będzie jeszcze trudna próba i konieczność „wybielenia szat swoich we Krwi Baranka” (Obj. 7:14). Dla poświęconych będzie to na pewno smutna konstatacja, ale gdy zwyciężą, owa „nagroda pocieszenia”, w ostatecznym rachunku, będzie bez wątpienia powodem niewyobrażalnie wielkiej radości, a „naśmiewanie” i własne smutne refleksje szybko przeminą na rzecz wielbienia Pana Boga, za Jego Miłość, Dobroć i niepojętą Łaskę, za Jego cudowny Plan i jego ziszczenie.

Gorzej  z tymi, którzy pozostali przed „pogórzem”, albo co gorsza wrócili do Egiptu. Ci, choć pewnie łatwiej im będzie w Tysiącleciu, zapewne gorzko zapłaczą nad straconą szansą, a być może i lękać się będą konsekwencji „zatwardzenia serc swoich na Głos”, który przecież dane im było usłyszeć. Ostatecznie i z ich oczu zetrze ON wszelką łzę (Obj. 21:4) i będą wielbić Pana Boga, będą z Nim pojednani i wypełniać Jego prawa i przykazania, radując się wiecznym życiem w rajskich warunkach. Ale przynajmniej przez jakiś czas, mogą mieć gorzką świadomość zmarnowanej szansy.

A był to czas dojrzewania winogron”, czytamy w (4 Mojż. 13:20), w tekście opisującym pierwszą próbę wejścia cielesnego Izraela do Kanaanu. Wierzymy, że żyjemy w czasach końca, gdy czas ostatecznego winobrania jest bliski, więc poza obraz tej historii, nabiera szczególnego brzmienia, znaczenia i aktualności.

Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych. (Hebr. 4:7)



© | ePatmos.pl