Poznałem go, kiedy byłem nastolatkiem. Dziadek Staszek, bo o nim chcę wam opowiedzieć, nie był naprawdę moim dziadkiem, tylko dziadkiem moich kolegów. Jednak moi koledzy chętnie dzielili się swoim dziadkiem z innymi. Zachodziliśmy więc do dziadków, „na górę” dosyć często. Dziadek Staszek bardzo lubił słuchać, pytał o wiele spraw, był ciekawy, głodny naszych opowieści. Nauczył się słuchać. Pewnie dlatego, że sam nie mógł zbyt często wychodzić z domu, ponieważ wspólnie z żoną opiekował się dzieckiem. Dużym dzieckiem. Właściwie dorosłym facetem. Karmili go, przebierali, trzymali za rękę, kiedy przechodził z pokoju do ubikacji. Teraz uświadamiam sobie, dlaczego myśląc o ich dorosłym synu, mam przed oczyma dziecko. Oni otaczali go taką miłością, jakby był cały czas małym dzieckiem. Tak do niego mówili, tak go głaskali, uśmiechali się do niego. Przez ponad 40 lat rodzicielstwa nie stracili cierpliwości i czułości, na jaką zwykle liczyć może tylko malutkie dziecko. Dzisiaj, gdy patrzę na ich wysiłek z perspektywy ojca, jest to dla mnie niepojęte.
Bywałem więc od czasu do czasu u Dziadka Staszka. Stąd wiem, że Dziadek Staszek miał swoich chłopców. Nie, nie miał innych synów. Ale miał swoich chłopców – wnuków. Ciągle mówił „Moi chłopcy to” albo „Moi chłopcy tamto”. Chłopcy byli wtedy sportowcami. Silni, twardzi faceci. Zaangażowani duchowo, kochający Boga, rodziców, dziadków. Chłopcy byli chlubą Dziadka Staszka. Jestem przekonany, że narodzinom każdego z nich towarzyszyć musiał podświadomy strach Dziadka Staszka i jego żony, czy ich historia się nie powtórzy. Dlatego zdrowie chłopców, a potem i ich sukcesy musiały sprawiać Dziadkowi Staszkowi ogromną radość.
Kiedy na pogrzebie Dziadka Staszka zobaczyłem jego chłopców stojących jeden obok drugiego przy trumnie, pomyślałem że Dziadek Staszek mimo wszystko mógł umierać szczęśliwy i spokojny. Spokojny, bo wiedział, że jego ukochana żona i syn nie pozostaną bez opieki. Jego chłopcy przyjadą choćby z krańca świata, jeżeli tyko będzie trzeba. Był szczęśliwy, bo jego córka i zięć stworzyli ciepły i otwarty dla wielu ludzi dom. Jego chłopcy znaleźli sobie dobre, wierzące żony. Zaczęły pojawiać się prawnuki, przynosząc pociechę w trudnym czasie zmagań z chorobą.
Dzisiaj, stojąc na pogrzebie Dziadka Staszka, uświadomiłem sobie, że to nie był przypadek. Następne pokolenia zostały ukształtowane przez Dziadka Staszka, jego żonę i ich syna. Zostały ukształtowane bez słowa, bez tłumaczenia, co jest dobre, co złe. Dziadek Staszek, którego własny ojciec, delikatnie mówiąc, nigdy nie rozpieszczał, sam nauczył się wielkiej czułości i delikatności. I nie wiem, czy „lepszy” bieg wydarzeń w rodzinie, którą założył Dziadek Staszek, byłby dla niego bardziej pomyślny. Gdyby miał zdrowego syna, który poszedłby swoją drogą daleką od Boga, gdyby jego córka i zięć zajęci byli wyłącznie biznesem, a wnuki wpadały tylko w dniu wypłaty emerytury, poza tym uganiając się za coraz to próżniejszymi dziewczynami, czy umierałby spokojny i szczęśliwy?
Bóg widzi o wiele dalej niż człowiek. W swej dobroci da, że kiedyś Dziadek Staszek będzie mógł porozmawiać ze swoim synem, choć w tej rzeczywistości było to niemożliwe. Dziadek Staszek zazna też zapewne wielkiej radości, kiedy tam, w wieczności spotka całą swoją rodzinę. I swoich chłopców oczywiście.
© | ePatmos.pl