Nie, to nie będzie tekst o Jonaszu… Szpitalny korytarz. Zapach leków, jakichś chlorowych odkażalników i ludzkiego moczu. Na zewnątrz toczy się normalne, zwykłe życie: ludzie pracują, śmieją się, rodzą dzieci, próbują pokonywać swoje mniejsze lub większe problemy i słabości – toczą swoją codzienną walkę… Tutaj wszystko zatrzymało się jak w „stop klatce” filmu. Przestają być ważne sprawy, które dotąd bez reszty zajmowały nasz umysł i zdawały się być absolutnie priorytetowe. Wielokrotnie były w stanie zmusić nas do nieprzespanej nocy: nieskoszona trawa w ogrodzie, kłopoty z mieszkaniem, nieopłacone rachunki, nieumyte okna, dzwoniący telefon, który trzeba by odebrać bo może to coś ważnego i jeszcze ta przepełniająca się skrzynka z listami… Tutaj od tych wszystkich rzeczy oddziela jakby tafla z grubego szkła. Sprawy dotąd ważne, jedna po drugiej przestają się liczyć, a w umyśle pojawiają się inne, dotąd nierozważane kwestie: czy dziś jeszcze uda się, tak jak wczoraj, iść samodzielnie do toalety, umyć się i samodzielnie ogolić, czy przyjdzie ktoś, żeby podać trochę wody i dlaczego z dnia na dzień jest gorzej? Przecież jeśli podają kroplówki, powinno być lepiej – czy lekarze coś ukrywają?... Dlaczego nie mogę patrzeć na jedzenie? Po co zakładają te pampersy, przecież wstyd… Cewnik, tlen? To już aż tak kiepsko? Dlaczego proteza zębowa nagle zupełnie przestała pasować?... Co się dzieje, że z każdym dniem słabnę? Czy jeszcze stąd w ogóle wyjdę?... Powoli opór, nawet wobec tych upokarzających ludzką godność zmian, zdaje się być coraz słabszy…
Często zdarza się, że organizm jeszcze tym razem „zaskoczy” – dokonuje się niewytłumaczalny przełom i okazuje się, że tym razem udało się jeszcze wymknąć… Odbiera się „wypis” z pieczątką ordynatora i… do domu. Do tych „innych” ważnych rzeczy ze świata ludzi szczęśliwych, bo zdrowych i mniej lub bardziej samodzielnie funkcjonujących. Bywa jednak i tak, że każdego dnia i z godziny na godzinę, pomimo podawanych leków, coraz to inne funkcje organizmu zanikają, jakby ktoś przestawiał w ciele kolejne ukryte przełączniki i, nawet nie pytając już o nic lekarzy, przeczuwamy, że nadchodzi śmierć… Potem dzwoni telefon i staje się przerażająco jasne, że jutro nie ma już sensu iść w odwiedziny, choć obiecaliśmy, że na pewno będziemy… Dokumenty, formalności… Mija kilka dni – głuchy dźwięk ziemi sypanej na wieko… Nawet już nie obrazów jakie widzą oczy, ale samego tego dźwięku wymazać z pamięci nie sposób…
Po głowie plątają się strzępy słów, które chcieliśmy jeszcze powiedzieć, gesty, które można było przecież tak łatwo wykonać, a z jakiegoś nieokreślonego bliżej powodu nie udało się. Brakło odwagi? Nie wiadomo, czy mnie jeszcze słyszy, rozumie, czy warto… Takie dylematy znad szpitalnego łóżka... Cóż nas kosztuje uścisk, słowo, uśmiech czy pocałunek… Dlatego zawsze warto. Wydaje się, że jeśli mamy do czynienia z „męską przyjaźnią”, nawet taką pomiędzy synem i ojcem, to nie ma tu w zasadzie miejsca na jakieś wylewne okazywanie uczuć, mówienie rzewnych słów, które mamy gdzieś głęboko w sercu, na okazywanie, że jesteśmy jednak dla siebie kimś ważnym, no bo przecież mężczyzna to „twardziel”, zatem może to nie wypada… Totalna bzdura! Jest potrzeba i to tym silniejsza, i tym bardziej pilna, im silniej dociera do nas wreszcie, że to koniec i na tej ziemi niczego więcej już do siebie nie powiemy, ani dla siebie nie zrobimy… A może tak w ogóle, to trzeba było skorzystać jeszcze z konsultacji innego specjalisty, kto wie, może mógłby pomóc i przedłużyć trochę życie?… Mógłby?...
Teologiczna, intelektualna „obudowa” dla nieuchronności i nawet szeroko pojętej słuszności kwestii umierania, nadzieje, jakie wyczytujemy w Słowie, niewątpliwie sprawiają, że nie chcemy ulegać rozpaczy. Bardzo bolesne i nienaturalne jest jednak to, że póki co jesteśmy tak kruchymi i tak bardzo słabo ukorzenieni – zaskakująco łatwo bywamy wyrywani ze świata żyjących. Pozostaje puste krzesło przy stole, miejsce w zborze… Nasi bliscy i przyjaciele z dnia na dzień pozostawiają nas, choć bardzo byśmy chcieli pobyć jeszcze z nimi, dowiadywać się o ich radościach i dzielić z nimi naszymi. Może wspólnie popłakać, czy pomodlić. Poczucie bezsilności sprawia, że żal potęguje się jeszcze bardziej.
Gdzieś głęboko w sercu tkwi w nas małe ziarenko wieczności i to pewnie stąd bierze się we mnie ta uparta niezgoda na poddawanie się temu szalonemu tańcowi śmierci, na te pożegnania: nagłe, wbrew woli i zawsze nie w porę, które tak bolą, bo przecież wyrywają, metodycznie, po kawałeczku, cząstki nas samych… Wujek Marian, Tata, ciocia Helenka, mały Szymuś, wujek Staszek, Halinka… Ile słów można jeszcze było powiedzieć, ile dobrych chwil wspólnie przeżyć?... Niełatwo przychodzi o tym myśleć. Pewnie to dlatego ciągle jestem jakiś… zagniewany na śmierć.
Pozostaje nam cierpliwie czekać i mocno wierzyć, że to się kiedyś zmieni i że w końcu „jako ostatni wróg zniszczona będzie śmierć” (1 Kor. 15:26 NP).
© | ePatmos.pl